poniedziałek, 5 grudnia 2011

kącik porad, część 1.

Grupowy mail to jest doskonały wynalazek. Za każdym razem, kiedy włączam historię przeglądania, to czuję się lepszym człowiekiem. Znaczy lepszym od innych, nie dlatego, że umiem lurkować. To, czego ludzie szukają, przekracza moje najśmielsze oczekiwania. Pozwolę sobie na krótką prezentację.

Otóż, mielnobusem. Zimowym mielnobusem. Albo saniami.
To chyba nie wymaga komenatarza.

Nie chcę wiedzieć, kto tego szukał :D

Można.


No zdarzają się, no...

Spoko.

Ktokolwiek to jest.

Tak...
W rabarbarowni.

Można.

niedziela, 4 grudnia 2011

gastrofaza.

Skończyłam kawałek notatek. Boli mnie od tego pisania nadgarstek, w sumie cała ręka mnie boli. No i wpadłam na genialny pomysł zrobienia muffinków. Omniomniomniom. Mam dziś gastrofazę (z okazji, że muszę się uczyć, a może to PMS?), zjadłam już nawet tego snickersa z odmętów mojej szafki. Swoją drogą chyba uratował mi życie, bo dziwnym trafem mogłam już potem się uczyć. Cuda. W sumie to muflonów o mały włos bym nie zrobiła. Bo powiedziałam sobie, że jeżeli waga wskaże więcej niż 47, to nie zrobię. Było 47,2... I nie mogłam się powstrzymać, więc poszłam na kompromis - muffiny są względnie zdrowe, bo... owsiane! Tadam! Dobra, to ja wrzucę przepis. Zdjęć znowu nie ma, bo baterie mi siadły w aparacie, a jakoś nie mogę się zebrać, żeby zamówić akumulatorki na alledrogo (stare umarły). No... To przed państwem, bananowe muffinki owsiane!

Składniki na 12 muffinków: 
SUCHE: 
  • 1,5 szklanki mąki
  • 2/3 szklanki płatków owsianych
  • 1/3 szklanki cukru
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki cynamonu
  • szczypta soli
MOKRE:
  • 2 banany
  • 1/3 szklanki jogurtu naturalnego
  • 50 ml oleju (czyli tak 1/4 szklanki, może być troszkę więcej)
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
Rozciapujemy widelcem banany. Mieszamy razem suche, mieszamy razem mokre. Potem wszystko do jednego gara i mieszamy wymieszane suche z wymieszanymi mokrymi. Oczywiście wszystko łyżką, bez udziału miksera. Nakładamy masę do foremek i pieczemy około 20 minut w 185 stopniach. I gotowe! Pyszne, mokre, mocno bananowe muffinki, o cynamonowym aromacie...

distant plastic trees.

Znowu przyszła niedziela i znowu mam ochotę się najebać. Smutno mi, nie mogę się uczyć. Powinnam wyjść z domu, pójść pobiegać, ale mi się nie chce. Będę mieć nieodparte wrażenie, że marnuję czas, który mogłabym poświęcić na naukę (hehe, jakbym teraz nie marnowała). W ogóle tak naprawdę to na naukę  właśnie marnuję czas, ucieknie mi przez to pół życia. A mogłabym robić tyle różnych rzeczy. I po co mi to wszystko, no po co. Seriooooooooooooooooooooooooooo. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaargssdfssfsdfs.

sobota, 3 grudnia 2011

spam spam spam.

Zaskakująca częstotliwość moich wpisów. 

CHCĘ CZEKOLADY!

Piję kakao, bo czekolady nie mam. Mam snickersa w szafce, ale on jest własnością M. Za to dostałam od współlokatorki 2 herbatniki. Rany...

haters gonna hate.

No tak. Dzisiaj moja kolej sprzątania. Wszystko spoko, taki układ, że każdy kolejno sprząta kuchnię/przedpokój/łazienkę mi odpowiada. Jest tylko kilka małych "ale", które wręcz doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Po pierwsze, zastanawia mnie jak to jest, że ja zawsze mogę/mam czas pozmywać po sobie (czy to po śniadaniu, czy po obiedzie), a niektórzy nie mogą. I potem przychodzi moja kolejka sprzątania w mieszkaniu i co? Robiąc porządek w kuchni siłą rzeczy zmywam gary po kimśtam. No kurwa, ileż można. Po drugie, krajalnica. Nie wiem, po co nam to ustrojstwo. Zajmuje tylko miejsce w naszej i tak maleńkiej kuchni. No, ale ok. Wszystko jeszcze byłoby w porządku, gdyby użytkownicy tejże krajalnicy raczyli sprzątać okruchy po użyciu. Nie użyłam tej piekielnej maszynerii ani razu, a zdarzyło mi się już sprzątać okruszki tysiąc razy. (Druga sprawa, że nie jem lub prawie nie jem pieczywa, więc nie produkuję okruchów.) A ta pieprzona krajalnica generuje ich miliardy. No ja jebię. Dalej. Segregujemy śmieci, to znaczy tylko plastikowe butelki. I właśnie na nie w łazience jest umieszczony specjalny worek. Problemem jest, że niektórzy nie raczą zgnieść butelki przed wyrzuceniem jej do owego worka, o ile w ogóle butelka trafi "do" a nie "obok" lub "na" worek. Tak. W ogóle kwestia kosza na śmieci to jeszcze osobna sprawa. Bardzo bym chciała, żeby trafiać ze śmieciami do kosza. Nie obok. DO. I jak jest przepełniony, to nie dorzucać. Bo wypadnie. Naprawdę. Coś jeszcze było... A. Ostatnia rzecz, która spowodowała mój dzisiejszy wkurw. Jak to jest, że ja kiedy wstaję wcześniej od reszty, to staram się być cicho jak mysz pod miotłą, żeby wszystkich nie pobudzić, a w drugą stronę to nie działa? Eh...


czwartek, 1 grudnia 2011

pożoga.

Okej, to mam depresję. Znowu. Kurde, wszystko jest źle. Po pierwsze, moja sałatka wyszła taka dobra, że się nią przejadłam. Co wywołało u mnie napad senności. Swoją drogą wyszło mi jej tyle, że będę ją jeść chyba przez najbliższy tydzień. W sumie profit, oszczędzę na jedzeniu...

Gdy tylko dotknęłam patomorfo i zaczęłam czytać nowotwory, to zapragnęłam umrzeć. Że z tego ma być kolokwium z pytaniami otwartymi?! Zabijcie mnie. Nie mogę tego czytać. Perspektywa jutrzejszej porannej diagnostyki laboratoryjnej też mnie jakoś nie pociesza. To jest chyba najbardziej beznadziejny przedmiot na tych studiach. Od samego początku. Przychodzi pani, dissuje nas za darmo na pierwszych zajęciach, bo tak. Potem następuje beznadziejna prezentacja. I tak dzień w dzień od samego rana. Chociaż nie wiem, jak bardzo bym chciała, to nie mogę się tam skupić i słuchać. Słabo, bo potem będzie z tego zaliczenie. Które oczywiście jest podobno równie beznadziejne jak sam przedmiot. To smutne, bo mimo, że chciałabym się czegoś nauczyć to nie ma jak. O, dzisiaj na przykład były 3 tematy na jednych zajęciach. Suche prezentacje. W połowie 1 już chciałam umrzeć. A przecież diagnostyka mogłaby być ciekawa, wystarczyłoby ją dobrze prowadzić. No, ale ten zakład najwidoczniej sobie z tym nie radzi. Cóż.

No i jeszcze to. Patomorfo za tydzień, diagnostyka i mikroby w kolejnym tygodniu. Umrę. Naprawdę, to jest niewykonalne. Jeszcze dziś koncertowo zmarnowałam cały dzień. Nic, a nic nie zrobiłam konstruktywnego. Oprócz sałatki. I trzech stron nowotworów. Tak bardzo mam dziś doła. Nawet paznokci mi się nie chce pomalować. Nie chce mi się ogarnąć. Nic, totalnie nic.

Miałam dzisiaj iść na wykład + koncert szantowy, ale za zimno i za późno. Teraz żałuję. Bo mi smutno, może gdybym poszła to nie byłoby mi smutno? Zamiast tego marnowałam czas bawiąc się blogowym tłem i favikonką.

Eh i jestem ostatnio beznadziejnym narzekaczem. Pewnie przez te niedobre studia. I przez to, że czuję się bezużyteczna i beztalentna. Co skutkuje tym, że psuję innym humor i okazuję się paskudna. Boże, jestem takim śmieciem. Muszę coś z tym zrobić, bo się wykończę sama ze sobą. Nie cierpię się. (Nie radzę sobie, nie umiem, nie wiem?)

cookie monster strikes again.

Postanowiłam dać drugą szansę książce od M., o uroczym tytule "ZŁOTA KSIĘGA CZEKOLADY". Otóż upiekłam wczoraj ciasteczka. Są baardzo, baaaardzo dobre. Mają nietypowy smak, zdecydowanie ;) Delikatnie cytrynowy z nutką wanilii i mocno maślany. Dokładnych zdjęć nie zrobiłam niestety, bo tak wyszło, aleeeee przepisem się podzielę!

Potrzebne nam są:
  • 500 g mąki
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 250 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 cytryna
  • 250 g masła
  • pół aromatu waniliowego
  • + 1 gorzka czekolada i wiórki kokosowe
Wykonanie!
Włączamy piekarnik. Na około 170 stopni.
I zaczynamy od wymieszania w jednej misce mąki z solą. W drugiej, mikserem ucieramy cukier z masłem. Następnie parzymy cytrynę i trzemy skórkę na tarce. Potrzebujemy całej skórki startej z jednej cytryny. Do masła utartego z cukrem dorzucamy jajko i aromat waniliowy. Miksujemy, miksujemy i dodajemy startą uprzednio skórkę. Do uzyskanej ciapy, stopniowo wsypujemy mąkę wymieszaną z solą. Mój mikser nie dał już rady tego mieszać, dlatego ja użyłam łyżki. Można też zarobić ciasto ręcznie. Wychodzi takie dosyć rozsypliwe, ale don't worry, takie być powinno. Formujemy z ciasta walce (tak, walce) i kroimy je na plasterki. Tylko delikatnie, bo mają skłonność do rozpadania się! Tak. Układamy na blaszce (najlepiej na papierze do pieczenia) i pieczemy przez 20 minut. Ja w 10 minucie przewracałam je na drugą stronę. Ale to tylko dlatego, że mam beznadziejny gazowy piekarnik. Uwaga, ważne: w normalnym piekarniku (ludzkim, na prąd) proces pieczenia może trwać krócej! Radzę więc sprawdzać.

Dobra, po wyjęciu ciasteczek z piekarnika trzeba je ozdobić. Topimy gorzką czekoladę. Najlepiej wlać wrzątek do jednej michy, do drugiej wrzucić połamaną na kostki czekoladę. I michę z czekoladę włożyć w michę z wrzątkiem ;) Nakładamy tak powstałą polewę na ciasteczka i posypujemy je wiórkami kokosowymi. Voila! Gotowe.



Zdjęcie może nie jest wysokich lotów, ale no dysponuję jedynie telefonem. Także ten. Ale lepsze takie niż żadne!

Co to ja miałam więcej... A... naszła mnie ochota dziś na warzywną sałatkę. Taką domową, tradycyjną. No i robię ją właśnie. Chwilowo mam zajętą kuchnię, więc nie mam jak kroić składników, ale zaraz się za to zabieram! Zapach gotujących się warzyw przywodzi mi na myśl dom i święta... A te już niedługo. Przyszedł grudzień dziś, a na sklepowych wystawach pojawiają się dekoracje... Aaaa, kocham przedświąteczny nastrój! Uwielbiam świecące choinki, światełka i w ogóle nawet podobają mi się ładnie ubrane centra handlowe. Taaak... Kuchnia się zwalnia, wracam do mojej sałatki!