Tu miały być bluzgi ale się powstrzymam. Zaczynam mieć totalnie wyjebane na wszystko dookoła i sobie chyba po prostu pójdę najzwyczajniej w świecie w kimę. Trochę ze mnie taki dzisiaj mały frustrat, bo wkurwia mnie fakt, że mam do nałki tyle, a fizycznie nie ogarniam. I to mnie frustruje, tak. W sumie to są same fajne rzeczy, znaczy to, co do ogarniania mam, nawet się jaram, ale no kurwa, proszę, nie tyle w 2 dni, serio. W sumie w 2 wieczory zasadniczo, tak. Smuteczek.wtorek, 30 października 2012
catlife.
Tu miały być bluzgi ale się powstrzymam. Zaczynam mieć totalnie wyjebane na wszystko dookoła i sobie chyba po prostu pójdę najzwyczajniej w świecie w kimę. Trochę ze mnie taki dzisiaj mały frustrat, bo wkurwia mnie fakt, że mam do nałki tyle, a fizycznie nie ogarniam. I to mnie frustruje, tak. W sumie to są same fajne rzeczy, znaczy to, co do ogarniania mam, nawet się jaram, ale no kurwa, proszę, nie tyle w 2 dni, serio. W sumie w 2 wieczory zasadniczo, tak. Smuteczek.niedziela, 28 października 2012
nostalgia is all around.
Eeee od czego by tu... Aaa, no dawno mnie tu nie było. Nie wiem, nie chciało mi się, cośtam, cośtam. Przepisu nie będzie na żadne ciasto ani insze muffinki, gdyż nie posiadam chwilowo piekarnika.Chęci w sumie też nie do końca posiadam, but we'll fix it. Nie mam czasu po prostu no.
No mogłabym coś napisać o studiach. Blablabla, no fajnie jest! Tzn, uczę się teraz dermatologii, jest w sumie spoko, chyba najlepiej ogarnięte zajęcia jak do tej pory. No ale doobra, nie będę przynudzać, kogo to właściwie obchodzi.
Pomalowałam paznokcie, piję sobie zieloną herbatkę i nie chce mi się uczyć, czyli standardzik. Tak sobie myślę, że obejrzałabym albo "Love Actually" albo "Four Weddings and a Funeral" i pewnie obejrzę, acz nie dziś, dziś muszę się uczyć. No i pewnie sama obejrzę, bo kto by chciał oglądać ze mną po raz n-ty te same filmy. A są takie ładne. Na pocieszenie słucham sobie piosenków:
No mogłabym coś napisać o studiach. Blablabla, no fajnie jest! Tzn, uczę się teraz dermatologii, jest w sumie spoko, chyba najlepiej ogarnięte zajęcia jak do tej pory. No ale doobra, nie będę przynudzać, kogo to właściwie obchodzi.
Pomalowałam paznokcie, piję sobie zieloną herbatkę i nie chce mi się uczyć, czyli standardzik. Tak sobie myślę, że obejrzałabym albo "Love Actually" albo "Four Weddings and a Funeral" i pewnie obejrzę, acz nie dziś, dziś muszę się uczyć. No i pewnie sama obejrzę, bo kto by chciał oglądać ze mną po raz n-ty te same filmy. A są takie ładne. Na pocieszenie słucham sobie piosenków:
No. Ładne, nie? To pewnie przez tą jesienną aurę. I pierwszy śnieg. Cholera w jesieni wszystko byłoby fajne, gdyby była cieplejsza. Zima też byłaby super, gdyby nie temperatury na minusie. Chociaż to jest tak, że ja w zasadzie lubię te minusowe temperatury i śnieg lubię, tylko tak bardzo marzną mi łapki. Do bólu no aż cholera jasna. Ale Raynaud chyba nie mam, nie sinieją nic a nic. Tylko bolą. No i nie lubię marznąć o nie.
O i w ogóle ostatnio chyba się pozbyłam natręctwa, które kazało mi sprawdzać ile ważę minimum raz dziennie. Odchył o 1 kg w górę wielce mnie zawsze zasmucał. Teraz nie mam wagi, więc problem solved. Ale zaczęłam chodzić na taniec brzucha, więc mówię sobie, że się przecież ruszać. I ta czekolada gorzka z pomarańczą z biedry wcale nie sprawi, że będę grubasem, right?
Na pocieszenie druga wersja powyższego kawałka, która też mi się podoba. Była w soundtracku fajnego filmu i to dlatego pewnie. O, proszę.
Btw, zastanawiam się czy już kiedyś tej muzy tu nie wrzucałam, tudzież czy nie pisałam o tychże filmach, bo te stany nostalgii nawracają do mnie corocznie. Chciałam napisać, że jak łuszczyca na wiosnę/jesień, no ale może powinnam się powstrzymać od aluzji do rzeczy, których się aktualnie uczę, bo jak widzę to na innych blogach to w sumie za każdym razem stwierdzam, że to takie słabeeee.
wtorek, 24 lipca 2012
yaay, muffins.
Także ten. Nic ciekawego się nie dzieje, zajmuję się craftingiem (craftuję sobie różne ładne rzeczy, np. wczoraj zrobiłam sobie kokardkę do włosów i bransoletkę), ewentualnie pieczeniem. I o pieczeniu dziś będzie znowu. Mianowicie o dyniowych muffinach. Robiłam już kiedyś, ale dziś zmodyfikowałam przepis i nie wiem, czy po tej modyfikacji efekt końcowy nie jest nawet lepszy! Na pewno jest słodki, mokry i mogłabym pochłaniać go i pochłaniać, gdybym się nie bała, że przytyję.
Składniki:
SUCHE
Składniki:
SUCHE
- 1,5 szklanki mąki
- 1 szklanka cukru
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- 1/2 łyżeczki imbiru
MOKRE
- 2 jajka
- 1/3 szklanki oleju
+ mniej więcej 500 ml puree z dyni,
Posypka
3 łyżki cukru + 1 łyżeczka cynamonu
Przygotowanie:
No i jak zawsze, mieszamy razem suche, mieszamy razem mokre. Potem dorzucamy dynię, mieszamy. Wrzucamy do papilotek, ozdabiamy posypką i pieczemy 15 minut w 180 stopniach. Tadaaam! Są taaaaakie dobre.
niedziela, 22 lipca 2012
long time no see.
Again, dawno mnie tu nie było. No, ale nic to, dużo się działo u mnie ostatnimi czasy. Niby wakacje, takie tam, ale nie udało mi się jeszcze porządnie odpocząć. Jakieś tam załatwiania, szukania mieszkania, cośtam, cośtam, no i o. Od kilku dni dopiero chilluję. Wreeeeszcie udało mi się zobaczyć ze starymi znajomymi z ojczyzny, wreeszcie jest dobrze i w miarę spokojnie. No, a skoro jest dobrze, to udało mi się upiec też dobre ciasto. Na tyle dobre, że przeżyło pół dnia i w sumie nie zdążyło dobrze wystygnąć. A o zastygnięciu polewy to już nie mogło być mowy. Jako, że u babci zatrzęsienie wiśni i miałam do dyspozycji caaaałe wielkie wiadro, to poza dżemami (omnomnom, takie dobre) upichciłam czekoladowe ciasto wiśniowe! Dobra, skoro je tak zachwalam, to będę dobra, podzielę się przepisem!
Składniki:
- mniej więcej pół kilograma wiśni (wydrylowanych)
- 2 szklanki mąki
- 1,5 szklanki cukru
- 200-250 g margaryny (kostka)
- 4 jajka
- pół szklanki wody
- 4 łyżki kakao
- 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki sody
Przygotowanie:
Najpierw znajdujemy garnek. Proponuję średni, to zrobimy prawie wszystko w tymże w celu minimalizacji ilości naczyń do zmywania. (Spryyyytnie!) Wrzucamy do niego margarynę i topimy. Do tego (ciągle gotując) dorzucamy cukier, wodę, kakao i kawę. Gotujemy aż się wszystko ładnie rozpuści i powstanie jednolita masa. Zestawiamy z gazu, odlewamy około pół szklanki na polewę. Następnie, oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywną pianę. Do uprzednio ugotowanej czekoladowej masy dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, sodę i żółtka i miksujemy mikserem (tak chyba najwygodniej, ale łyżką też można.) Do tak uzyskanej substancji dodajemy delikatnie łyżką sztywną pianę i nadal delikatnie i z wyczuciem mieszamy także łyżką. Na samym końcu, do ciasta dodajemy wiśnie i mieszamy. Voila! Wylewamy do formy (u mnie tortownica) i pieczemy około 40 - 45 minut w 180 stopniach. Po wyjęciu z piekarnika, ozdabiamy polewą i oto jest! Najlepsze ciasto czekoladowe z wiśniami na świecie!
wtorek, 5 czerwca 2012
jedzenie.
No jak mam już nową baterię do laptopa, to zasilacz musi się zje.. ekhm, no dobra, popsuć. Konkretnie to kabel - ułamać. Smutek. Chyba trochę nie przeżył transportu... A transportowany był razem z laptopem i mną na lanparty do M. Co to było za lanparty! Cała noc i kawałek dnia z Diablo 2 i Soldier of Fortune. Piękne. Chcę więcej.
Ale póki co, nie dostanę. Tak. Mikroby we wtorek, potem cośtam i cośtam i powinnam się zacząć uczyć. Nawet nie wiem czego i w ogóle mi się nie chce. No takie życie już jest, o tak.
Na koniec pozytywny akcent: zaopatrzyłam się w jedzonko na najbliższy tydzień. Mam takie dobre rzeczyyyy: brokuła, pieczarki, kiszoną kapustę, milion marchewek... ONMNOMNOMNOM. O i mam jeszcze fartuszek kuchenny, taki sam jak mój M. Tyle, że fioletowy!
Ale póki co, nie dostanę. Tak. Mikroby we wtorek, potem cośtam i cośtam i powinnam się zacząć uczyć. Nawet nie wiem czego i w ogóle mi się nie chce. No takie życie już jest, o tak.
Tak poza tym, to ludzie to chuje. Kurde, mam odciski na łapkach. Podróż z zakupami w obu rękach i laptopem na ramieniu zatłoczonym autobusem nie była spoko. Chciałam sobie przycupnąć, przysiąść, ale się nie dało. No bo na jednym siedzeniu taki koleżka może w moim wieku ułożył sobie torbę. Potem się jakieś zwolniło i chciałam usiąść, ale no taka jedna trzydziesto-może-letnia kobieta mnie wyprzedziła. Przed nosem. Ale potem jak wsiadł taki spory byczek-tatuś z pociechą na rękach to mu ustąpiła. ALE PRZEDE MNIE WEPCHNĄĆ SIĘ MUSIAŁA. Nie no, zazwyczaj mi to jebie, ale no kurwa, miałam tak ciężkie rzeczy, że stałam przygarbiona opierając się o rurkę, bo nie miałam jak ustawić ich na podłodze. Wiem, że jestem młoda, mogę postać pitu pitu, ale kurde no inni też mogą. Ich torby także. Autentycznie będę pewnego dnia dissować tych wszystkich idiotów.
Kolejna mała dzisiejsza przygoda. Tzn, jej przedsmak. Otóż, uwaga - DZIEKANAT. Nie na darmo krążą legendy o chujowości tejże instytucji. Szanowne panie znowu mi czegoś nie dopilnowały/zgubiły/przechlały/chuj wie. No i jutro tam idę, będę walczyć. Ja jebięęę.
No i tak. Wszystko się chyba sprzymierza, żeby mnie wkurwiać. I żebym miała depresję. I doła. I wszystko. Ale spoko, już niedługo pewnie się uda.
Na koniec pozytywny akcent: zaopatrzyłam się w jedzonko na najbliższy tydzień. Mam takie dobre rzeczyyyy: brokuła, pieczarki, kiszoną kapustę, milion marchewek... ONMNOMNOMNOM. O i mam jeszcze fartuszek kuchenny, taki sam jak mój M. Tyle, że fioletowy!
poniedziałek, 14 maja 2012
campylobacter.
Miałam nie narzekać, ale no kurwaaaaaaa, serio. Japierdolekurwaaaa. Ok, od razu lepiej.
Jak się skończą te jebane rzeczy, które mnie stresują delikatnie, to pójdę do sklepu i kupię sobie baterię do laptopa. Smutno mi bez niej. Ogniwka sobie umarły na amen i nawet jak się je wymieni to nie działa. Cóż, takie czasy, że wszystko co się psuje trzeba wyrzucić do kosza, a nie naprawić. I kupić nowe. Najlepiej orginalne. Za dużo złotych polskich nowych, o tak. Eh.
I jeszcze z takich nieprzymusowych rzeczy toooo, to chcę sobie kupić taki tam utrwalacz do tapety. To znaczy, konkretnie do oczu, a raczej do kresek, które będę malować cieniem na powiekach :) Upatrzyłam sobie już nawet taki jeden, który podobno jest fajny i w sumie niedrogi. No, bo nie chwaliłam się, aleee na moje cudowne tegoroczne 18 urodziny, dostałam od dziewczyn moich cienie piękne cudowne wspaniałe z Inglota i śmieszny zakrzywiony pędzelek także stamtąd. Cienie mają kolory takie: żółty, pomarańczowy, malinowy, zielony i niebieski. I są idealne na lato. No i właśnie do nich, i do tego pędzelka potrzebuję utrwalacza do kresek. Tak.
A tak w ogóle skoro już się chwalę, to z urodzinowych prezentów dostałam jeszcze Prawo Dżungli. Czyli grę w totem. Odkąd pierwszy raz w nią zagrałam, to chciałam ją mieć. I MAM.
No i najpiękniejszy i najukochańszy prezent to koszulka od mojego M. Jest taka mega, że się nią tu nie pochwalę, bo może ktoś to czyta i nie będzie zaskoczony jak ją już zobaczy. A ona musi wywoływać efekt zaskoczenia i "O, ale masz fajną koszulkę!", bo inaczej byłoby bez sensu. Taka jest fajna. Jak ja.
Jak się skończą te jebane rzeczy, które mnie stresują delikatnie, to pójdę do sklepu i kupię sobie baterię do laptopa. Smutno mi bez niej. Ogniwka sobie umarły na amen i nawet jak się je wymieni to nie działa. Cóż, takie czasy, że wszystko co się psuje trzeba wyrzucić do kosza, a nie naprawić. I kupić nowe. Najlepiej orginalne. Za dużo złotych polskich nowych, o tak. Eh.
I jeszcze z takich nieprzymusowych rzeczy toooo, to chcę sobie kupić taki tam utrwalacz do tapety. To znaczy, konkretnie do oczu, a raczej do kresek, które będę malować cieniem na powiekach :) Upatrzyłam sobie już nawet taki jeden, który podobno jest fajny i w sumie niedrogi. No, bo nie chwaliłam się, aleee na moje cudowne tegoroczne 18 urodziny, dostałam od dziewczyn moich cienie piękne cudowne wspaniałe z Inglota i śmieszny zakrzywiony pędzelek także stamtąd. Cienie mają kolory takie: żółty, pomarańczowy, malinowy, zielony i niebieski. I są idealne na lato. No i właśnie do nich, i do tego pędzelka potrzebuję utrwalacza do kresek. Tak.
A tak w ogóle skoro już się chwalę, to z urodzinowych prezentów dostałam jeszcze Prawo Dżungli. Czyli grę w totem. Odkąd pierwszy raz w nią zagrałam, to chciałam ją mieć. I MAM.
No i najpiękniejszy i najukochańszy prezent to koszulka od mojego M. Jest taka mega, że się nią tu nie pochwalę, bo może ktoś to czyta i nie będzie zaskoczony jak ją już zobaczy. A ona musi wywoływać efekt zaskoczenia i "O, ale masz fajną koszulkę!", bo inaczej byłoby bez sensu. Taka jest fajna. Jak ja.
sobota, 12 maja 2012
superbohaterowie i inne takie.
Taaak. Tak bardzo mi się nie chce, a to dopiero początek wszystkiego. Nie no nie, w sumie to sobie odpoczęłam wczoraj. No bo tak: od przed-weekendu-majowego się w kółko niemal uczę. Cały weekend majowy też, nawet się ze znajomymi nie widziałam w mej rodzinnej miejscowości. Smutek trochę, i taka pogoda się zmarnowała. I się uczyłam, uczyłam, w okolicach środy umarłam, bo to tak fajnie złapać sobie raz na jakiś czas jakieś paskudztwo. I nic nie jeść. Dziś jeszcze boję się wziąć do ust coś innego niż bułka z masłem. Serio. Wczoraj czułam się już jak człowiek, no i udało mi się szczęśliwie wieczorem wybrać na premierę The Avengers. Powiem jedno: łooooooooooooo. Polecam! Ten film był tak dobry, że w sumie to nie żałuję ani złotówki na niego wydanej. W sumie podobne miałam wrażenie po obejrzeniu Drużyny A. No bo tak, było dużo rozpierdolu, było HULK SMASH, był Tony Stark, jak zawsze błyszczący poczuciem humoru, był młot Thora, był prawy Kapitan Ameryka no i była Scarlett Johansson w roli Black Widow. W sumie to do końca filmu się zastanawiałam kto jest najbardziej zajebisty. Stanęło chyba na tym, że albo Hulk albo Iron Man, z przewagą tego drugiego. No. I ten żart wysokich lotów. Nie no bawiłam się przednio. Z takich minusów całego wypadu to a) reklamy przed filmem trwały 30 minut i b) zamiast oryginalnej ścieżki dźwiękowej na początku włączono nam wersję z dubbingiem. Płakłam trochę, ale interwencja przyniosła skutek i dostaliśmy film od początku po angielsku. Po polsku brzmiał arcybeznadziejnie, nie dałabym rady chyba tego obejrzeć. No ale ogólnie to jaram się mocno tym filmem i obejrzałabym go bardzo chętnie jeszcze raz. A, i chyba warto na dużym ekranie, tak, sceny rozkurwu są tego warte.
Obejrzałabym jeszcze Watchmenów. Booooże, jaki to był dobry film. Jestem prawie w połowie komiksu i przyznam szczerze, że woooow, awesome. Przez bite 4h w pociągu (w drodze na majówkę do domu) nic nie robiłam tylko czytałam i czytałam. Gdybym była amerykańskim dzieciakiem, to poza tym, że byłabym gruba, to na pewno spędzałabym całe dnie w Comic Book Store. W sumie to jest niesamowite, jak bardzo komiksowi superbohaterowie są wspaniali. Do końca nie rozumiem na czym polega ich fenomen, ale w pełni ich uwielbiam. Jak dorosnę, to chcę być takim jednym.
No i teraz znowu muszę się uczyć. Już w sumie mi się nie chce. Nic to wszystko nie jest warte, co mi po tym, serio, nie mam siły no po prostu. Wiem, że trzeba, wiem, że to ma sens i tak dalej, ale ja mam chyba dosyć już stresów i takich tam. Sobie wybrałam, hehe, gratulacje.
Z narzekania, to w całym moim mieszkaniu śmierdzi czosnkiem. W sumie nie mogę znieść trochę tego zapachu po ostatnich żołądkowych przygodach. Drażni mnie niesamowicie.
I jeszcze jest mi smutno. Takie tam.
Obejrzałabym jeszcze Watchmenów. Booooże, jaki to był dobry film. Jestem prawie w połowie komiksu i przyznam szczerze, że woooow, awesome. Przez bite 4h w pociągu (w drodze na majówkę do domu) nic nie robiłam tylko czytałam i czytałam. Gdybym była amerykańskim dzieciakiem, to poza tym, że byłabym gruba, to na pewno spędzałabym całe dnie w Comic Book Store. W sumie to jest niesamowite, jak bardzo komiksowi superbohaterowie są wspaniali. Do końca nie rozumiem na czym polega ich fenomen, ale w pełni ich uwielbiam. Jak dorosnę, to chcę być takim jednym.
No i teraz znowu muszę się uczyć. Już w sumie mi się nie chce. Nic to wszystko nie jest warte, co mi po tym, serio, nie mam siły no po prostu. Wiem, że trzeba, wiem, że to ma sens i tak dalej, ale ja mam chyba dosyć już stresów i takich tam. Sobie wybrałam, hehe, gratulacje.
Z narzekania, to w całym moim mieszkaniu śmierdzi czosnkiem. W sumie nie mogę znieść trochę tego zapachu po ostatnich żołądkowych przygodach. Drażni mnie niesamowicie.
I jeszcze jest mi smutno. Takie tam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


