Powód, dla którego tu weszłam jest prozaiczny. Chcę sobie pogadać, a powoli tracę głos. Jakoś działał cały dzień, ale teraz zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Chyba mam chorą krtań, bo rano też nie miałam głosu. Biedna krtań. Mam nadzieję, że nie umrę od tego. No wracając do zagubionego wątku - skoro nie mogę sobie pogadać, to sobie popiszę!
W sumie to nie mam specjalnie też o czym, nie żeby moje życie było nudne, bo jest całkiem wporzo. Zdarzyło mi się nawet ostatnio wracać z imprezy już dziennym autobusem (3cim chyba), co uważam za duży sukces, gdyż no dawno tego nie uświadczyłam (co świadczy o tym, że powoli wapnieję i przyrastam do ciepłego koca w ciepłym łóżeczku).
Niestety moje brate chwilowo jest w posiadaniu PSP i niestety spędziłam właśnie godzinę grając w jakąś śmieszną japońską grę, w której są takie śmieszne bongosy i trzeba tapować w rytm muzyki. Fajne, totalnie nie rozumiem chińskich czy tam japońskich raczej znaczków, ale doszłam do tego jak się w to gra i jest spoko. W sumie tytułu tej gry też nie potrafię rozczytać.
Dooobra, idę do cukrzycy, muszę jeszcze wymyślić w co się jutro ubrać, bo zrobiłam pranie stulecia no i wszystko się suszy. Tak w ramach ukulturalnienia, wrzucę jeszcze dobry kawałek, ogólnie jest to cover Soft Cell (którym zajarałam się przypadkiem przeglądająć Marca Almonda na jutjubie), ale bardzo fajny.
Ano. Piszę tu znowu, bo muszę się uczyć. No nietrudno zgadnąć, nietrudno. Tzn, uczyłam się już wczoraj (to jest, powtarzałam bo teoretyczna derma była przecież ojezo przed świętem trupa) i liczę cały czas na to, że mi to wystarczy do w miarę bezproblemowego zaliczenia jutro egzaminu praktycznego. Yaaay, ale nie narzekam, co to to nie.
Co do narzekania, to w zasadzie ono skłoniło mnie do napisania (chciałam napisać "pierdolnięcia", ale dobra tam, będę kulturalna) tej notki. Wchodzę sobie na fejsbuka a tam narzekanie, że omatkocórkojezuchrzyste tyle nauki na tych studiach. Nie będę żyć/wychodzić z domu/jeść/spać bo ten drugi rok to taki ciężki że japierdolę. Srsly, guyz, nie ma to jak stwarzanie sobie samemu problemów i budowanie chorej otoczki wokół wielkich studiów jakimi jest przecież MEDYCYNA. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest tego mało, dlatego, że zasadniczo to nie jest, ale na cholerę narzekać wszędzie dookoła i publicznie. Chyba tylko licząc na to, że ktoś pogłaszcze po główce i powie, że ojojojojoj jakie ty masz trudne te studia, jaki ty jesteś mądry, ile się musisz uczyć o mamo... Aaaa no wkurwia mnie to, tak tylko chciałam pomarudzić. No ja też narzekam że mi się nie chce, ale no nie wiem, nie zamierzam publicznie deklarować rezygnacji z życia prywatnego w jakimkolwiek aspekcie, BO MAM TAKIE CIĘŻKIE STUDIA I JESTĘ TAKA MĄDRA.
Dobra, już, już, koniec, wylałam swoje frustracje.
Hihi, jak mi się będzie chciało to odbiorę sobie jutro bilet na koncerciwo. Taki jest plan. Pójdę sobie na zajęcia, potem na egzamin, a potem w nagrodę odbiorę wejściówkę. No ok, pochwalę się, w marcu w Polszy grajo Mumfordzi i w sumie to muszę tam być. Od kiedy się dowiedziałam to musiałam. Chcę, chcę, chcę. I jaram się jak gimnazjalistka, autentycznie. Już dawno temu sobie zadeklarowałam, że jak będą u nas, to idę. Niezależnie od ceny. I w sumie cena dosyć wysoka jak na moje ograniczone finanse (88 zł), ale tak naprawdę niewysoka w stosunku do klasy zespołu. Że zagramaniczny i no taki fejmowy. Taki np. Roguc (dotknij mnie ręką schodzącą w mrok) sobie liczy koło 5 dyszek za koncert, więc ten no, nieźle. Swoją drogą chyba musieliby mi dopłacić, żebym chciała zobaczyć Comę na żywo. No, ale dobra, dosyć dissów na słabą muzykę i grafomańskie teksty.
Aaaa i dostaję tyle jedzenia. Mój M. podarował mi oliwki z pastą tuńczykową w środku, jeszcze ich nie zaczęłam zjadać, ale na pewno są super, oliwki są super <3 A od brate dostałam karmel w czekoladzie, planuje się nim podzielić z mym lubym, bo sama mam jeść takie frykasy, toż to nie po bożemu (no i ma cholerstwo aż 155 kcal w 28 g). Jak to przeczyta dziś, to będzie wiedział, że dostanie słodycza, a jak nie przeczyta to będzie niespodziewanka. Wszyscy lubią niespodziewanki.
Tabdabadam, to jeszcze music video na koniec. Wzruszające dosyć jest. Miałam łzy w oczach jak oglądałam.
PS. Co do drugiego roku studiów, to tak z 2/3 przechlałam. Pozdrawiam.
Tu miały być bluzgi ale się powstrzymam. Zaczynam mieć totalnie wyjebane na wszystko dookoła i sobie chyba po prostu pójdę najzwyczajniej w świecie w kimę. Trochę ze mnie taki dzisiaj mały frustrat, bo wkurwia mnie fakt, że mam do nałki tyle, a fizycznie nie ogarniam. I to mnie frustruje, tak. W sumie to są same fajne rzeczy, znaczy to, co do ogarniania mam, nawet się jaram, ale no kurwa, proszę, nie tyle w 2 dni, serio. W sumie w 2 wieczory zasadniczo, tak. Smuteczek.
Chciałabym być kotem. Mogłabym leżeć, wygrzewać się i czekać aż ktoś mnie nakarmi czymś dobrym a potem pogłaska. I potem znowu pogłaska, i się pobawi ze mną. A ja bym leżała i leniwie tylko się przewracała z boku na bok, ewentualnie raz dziennie zmieniła miejscówę. Boże, dlaczego nie stworzyłeś mnie kotem?
Eeee od czego by tu... Aaa, no dawno mnie tu nie było. Nie wiem, nie chciało mi się, cośtam, cośtam. Przepisu nie będzie na żadne ciasto ani insze muffinki, gdyż nie posiadam chwilowo piekarnika.Chęci w sumie też nie do końca posiadam, but we'll fix it. Nie mam czasu po prostu no.
No mogłabym coś napisać o studiach. Blablabla, no fajnie jest! Tzn, uczę się teraz dermatologii, jest w sumie spoko, chyba najlepiej ogarnięte zajęcia jak do tej pory. No ale doobra, nie będę przynudzać, kogo to właściwie obchodzi.
Pomalowałam paznokcie, piję sobie zieloną herbatkę i nie chce mi się uczyć, czyli standardzik. Tak sobie myślę, że obejrzałabym albo "Love Actually" albo "Four Weddings and a Funeral" i pewnie obejrzę, acz nie dziś, dziś muszę się uczyć. No i pewnie sama obejrzę, bo kto by chciał oglądać ze mną po raz n-ty te same filmy. A są takie ładne. Na pocieszenie słucham sobie piosenków:
No. Ładne, nie? To pewnie przez tą jesienną aurę. I pierwszy śnieg. Cholera w jesieni wszystko byłoby fajne, gdyby była cieplejsza. Zima też byłaby super, gdyby nie temperatury na minusie. Chociaż to jest tak, że ja w zasadzie lubię te minusowe temperatury i śnieg lubię, tylko tak bardzo marzną mi łapki. Do bólu no aż cholera jasna. Ale Raynaud chyba nie mam, nie sinieją nic a nic. Tylko bolą. No i nie lubię marznąć o nie.
O i w ogóle ostatnio chyba się pozbyłam natręctwa, które kazało mi sprawdzać ile ważę minimum raz dziennie. Odchył o 1 kg w górę wielce mnie zawsze zasmucał. Teraz nie mam wagi, więc problem solved. Ale zaczęłam chodzić na taniec brzucha, więc mówię sobie, że się przecież ruszać. I ta czekolada gorzka z pomarańczą z biedry wcale nie sprawi, że będę grubasem, right?
Na pocieszenie druga wersja powyższego kawałka, która też mi się podoba. Była w soundtracku fajnego filmu i to dlatego pewnie. O, proszę.
Btw, zastanawiam się czy już kiedyś tej muzy tu nie wrzucałam, tudzież czy nie pisałam o tychże filmach, bo te stany nostalgii nawracają do mnie corocznie. Chciałam napisać, że jak łuszczyca na wiosnę/jesień, no ale może powinnam się powstrzymać od aluzji do rzeczy, których się aktualnie uczę, bo jak widzę to na innych blogach to w sumie za każdym razem stwierdzam, że to takie słabeeee.
Także ten. Nic ciekawego się nie dzieje, zajmuję się craftingiem (craftuję sobie różne ładne rzeczy, np. wczoraj zrobiłam sobie kokardkę do włosów i bransoletkę), ewentualnie pieczeniem. I o pieczeniu dziś będzie znowu. Mianowicie o dyniowych muffinach. Robiłam już kiedyś, ale dziś zmodyfikowałam przepis i nie wiem, czy po tej modyfikacji efekt końcowy nie jest nawet lepszy! Na pewno jest słodki, mokry i mogłabym pochłaniać go i pochłaniać, gdybym się nie bała, że przytyję.
Składniki: SUCHE
1,5 szklanki mąki
1 szklanka cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki imbiru
MOKRE
2 jajka
1/3 szklanki oleju
+ mniej więcej 500 ml puree z dyni,
Posypka
3 łyżki cukru + 1 łyżeczka cynamonu
Przygotowanie:
No i jak zawsze, mieszamy razem suche, mieszamy razem mokre. Potem dorzucamy dynię, mieszamy. Wrzucamy do papilotek, ozdabiamy posypką i pieczemy 15 minut w 180 stopniach. Tadaaam! Są taaaaakie dobre.
Again, dawno mnie tu nie było. No, ale nic to, dużo się działo u mnie ostatnimi czasy. Niby wakacje, takie tam, ale nie udało mi się jeszcze porządnie odpocząć. Jakieś tam załatwiania, szukania mieszkania, cośtam, cośtam, no i o. Od kilku dni dopiero chilluję. Wreeeeszcie udało mi się zobaczyć ze starymi znajomymi z ojczyzny, wreeszcie jest dobrze i w miarę spokojnie. No, a skoro jest dobrze, to udało mi się upiec też dobre ciasto. Na tyle dobre, że przeżyło pół dnia i w sumie nie zdążyło dobrze wystygnąć. A o zastygnięciu polewy to już nie mogło być mowy. Jako, że u babci zatrzęsienie wiśni i miałam do dyspozycji caaaałe wielkie wiadro, to poza dżemami (omnomnom, takie dobre) upichciłam czekoladowe ciasto wiśniowe! Dobra, skoro je tak zachwalam, to będę dobra, podzielę się przepisem!
Składniki:
mniej więcej pół kilograma wiśni (wydrylowanych)
2 szklanki mąki
1,5 szklanki cukru
200-250 g margaryny (kostka)
4 jajka
pół szklanki wody
4 łyżki kakao
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
0,5 łyżeczki sody
Przygotowanie:
Najpierw znajdujemy garnek. Proponuję średni, to zrobimy prawie wszystko w tymże w celu minimalizacji ilości naczyń do zmywania. (Spryyyytnie!) Wrzucamy do niego margarynę i topimy. Do tego (ciągle gotując) dorzucamy cukier, wodę, kakao i kawę. Gotujemy aż się wszystko ładnie rozpuści i powstanie jednolita masa. Zestawiamy z gazu, odlewamy około pół szklanki na polewę. Następnie, oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywną pianę. Do uprzednio ugotowanej czekoladowej masy dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, sodę i żółtka i miksujemy mikserem (tak chyba najwygodniej, ale łyżką też można.) Do tak uzyskanej substancji dodajemy delikatnie łyżką sztywną pianę i nadal delikatnie i z wyczuciem mieszamy także łyżką. Na samym końcu, do ciasta dodajemy wiśnie i mieszamy. Voila! Wylewamy do formy (u mnie tortownica) i pieczemy około 40 - 45 minut w 180 stopniach. Po wyjęciu z piekarnika, ozdabiamy polewą i oto jest! Najlepsze ciasto czekoladowe z wiśniami na świecie!
No jak mam już nową baterię do laptopa, to zasilacz musi się zje.. ekhm, no dobra, popsuć. Konkretnie to kabel - ułamać. Smutek. Chyba trochę nie przeżył transportu... A transportowany był razem z laptopem i mną na lanparty do M. Co to było za lanparty! Cała noc i kawałek dnia z Diablo 2 i Soldier of Fortune. Piękne. Chcę więcej. Ale póki co, nie dostanę. Tak. Mikroby we wtorek, potem cośtam i cośtam i powinnam się zacząć uczyć. Nawet nie wiem czego i w ogóle mi się nie chce. No takie życie już jest, o tak.
Tak poza tym, to ludzie to chuje. Kurde, mam odciski na łapkach. Podróż z zakupami w obu rękach i laptopem na ramieniu zatłoczonym autobusem nie była spoko. Chciałam sobie przycupnąć, przysiąść, ale się nie dało. No bo na jednym siedzeniu taki koleżka może w moim wieku ułożył sobie torbę. Potem się jakieś zwolniło i chciałam usiąść, ale no taka jedna trzydziesto-może-letnia kobieta mnie wyprzedziła. Przed nosem. Ale potem jak wsiadł taki spory byczek-tatuś z pociechą na rękach to mu ustąpiła. ALE PRZEDE MNIE WEPCHNĄĆ SIĘ MUSIAŁA. Nie no, zazwyczaj mi to jebie, ale no kurwa, miałam tak ciężkie rzeczy, że stałam przygarbiona opierając się o rurkę, bo nie miałam jak ustawić ich na podłodze. Wiem, że jestem młoda, mogę postać pitu pitu, ale kurde no inni też mogą. Ich torby także. Autentycznie będę pewnego dnia dissować tych wszystkich idiotów.
Kolejna mała dzisiejsza przygoda. Tzn, jej przedsmak. Otóż, uwaga - DZIEKANAT. Nie na darmo krążą legendy o chujowości tejże instytucji. Szanowne panie znowu mi czegoś nie dopilnowały/zgubiły/przechlały/chuj wie. No i jutro tam idę, będę walczyć. Ja jebięęę.
No i tak. Wszystko się chyba sprzymierza, żeby mnie wkurwiać. I żebym miała depresję. I doła. I wszystko. Ale spoko, już niedługo pewnie się uda.
Na koniec pozytywny akcent: zaopatrzyłam się w jedzonko na najbliższy tydzień. Mam takie dobre rzeczyyyy: brokuła, pieczarki, kiszoną kapustę, milion marchewek... ONMNOMNOMNOM. O i mam jeszcze fartuszek kuchenny, taki sam jak mój M. Tyle, że fioletowy!