No co tam. U mnie spoko. Mam dziś szaloną wenę, bardzo szaloną, więc będę pisać, o taaaak. Życie jest piękne :) Okazało się, że mam nadpłatę za prąd do czerwca, więc jestem ze 2 stówki do przodu! Wspaniale! Po drugie idę jutro na koncert. Czekałam na niego, oj czekałam. Na początku było mi smutno, że idę sama, ale teraz to się cieszę. Jestem mała i niepozorna, to się dopcham pod scenę, żeby coś widzieć i wogle i będzie super! Tak. Co tam jeszcze... No na studiach to nuda tak jakby, więc whateva, nie mam na co narzekać, nie mam czym się jarać, to nie będę pisać.
Wróciłam do grania w kłejaszka. Znaczy w quakelive.com. Zdarza mi się nawet wygrywać, więc nie jestem totalnym lamusem. A od 1 roku nie grałam, czyli ze 3 lata! Ze smutnych rzeczy to Witcher 2 mi działa przekoszmarnie, wygląda gorzej niż, kurwa, absolutnie wszystko na low detalach, a i tak się tnie straszliwie. No smutne, bo pograłabym, to taka dobra gra tylko słabo zoptymalizowana...
Oglądałam ostatnio Władcę Pierścieni, po raz pierwszy widziałam Powrót Króla w wersji reżyserskiej i teraz chyba to jest moja ulubiona część. Wcześniej nie była. Wspaniały film, no majstersztyk, przeżywam fascynację. Czekam aktualnie na wersję reżyserską Hobbita (da się, będzie w ogóle?), bo mi było w kinie mało, a epickie krasnoludy zawsze na propsie. Tak. Dobra, to tyle, żegnam się uprzejmie!
A nie, zapomniałabym, jaram się nowym Bowiem. Jest pojebany strasznie, jak za starych dobrych czasów, tak, jest wspaniały.
niedziela, 3 marca 2013
sobota, 5 stycznia 2013
bad things good people.
Po pierwsze to marznę. Zimno w tym mieszkaniu. Po drugie to jestem głodna. Zjadłam chyba 100 kg słodyczy dzisiaj, including krówki i czekoladowe ptasie mleczko i snickersa marki lidl (całkiem wporzo). I jestem głodna. I mam depresję, i nic nie zrobiłam.
Czuję się zawieszona w przestrzeni, nic do mnie nie chce dotrzeć, nic mi się nie chce robić, najchętniej bym się rozproszyła na takie miliony malutkich kawałeczków. Głupio trochę no.
A miałam takie silne postanowienie nie marudzić. I nie być smutna przez jakieś bzdury. No, ale jestem. I nic nie zrobiłam, boże, jak mnie to boli. Zmarnowałam dzień, autentycznie. Jeszcze by mnie to tak nei bolało, gdybym koniecznie nie musiała się zabrać za takie tam. W zasadzie to nie zdążę, nie ma opcji. Nie wiem, nic mnie nie motywuje, żeby się przykładać. No nic, naprawdę. Taki lekki ból życia tylko. To może się za coś wezmę. Po co spać, nawet spać mi się nie chce. Tzn, to byłoby najlepsze co by mi się przytrafiło (tzn, tak, spanie), ale nie mam motywacji, żeby się położyć, bo i tak nie usnę. Eh.
środa, 28 listopada 2012
powiedz hello, pomachaj goodbye.
Powód, dla którego tu weszłam jest prozaiczny. Chcę sobie pogadać, a powoli tracę głos. Jakoś działał cały dzień, ale teraz zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Chyba mam chorą krtań, bo rano też nie miałam głosu. Biedna krtań. Mam nadzieję, że nie umrę od tego. No wracając do zagubionego wątku - skoro nie mogę sobie pogadać, to sobie popiszę!
W sumie to nie mam specjalnie też o czym, nie żeby moje życie było nudne, bo jest całkiem wporzo. Zdarzyło mi się nawet ostatnio wracać z imprezy już dziennym autobusem (3cim chyba), co uważam za duży sukces, gdyż no dawno tego nie uświadczyłam (co świadczy o tym, że powoli wapnieję i przyrastam do ciepłego koca w ciepłym łóżeczku).
Niestety moje brate chwilowo jest w posiadaniu PSP i niestety spędziłam właśnie godzinę grając w jakąś śmieszną japońską grę, w której są takie śmieszne bongosy i trzeba tapować w rytm muzyki. Fajne, totalnie nie rozumiem chińskich czy tam japońskich raczej znaczków, ale doszłam do tego jak się w to gra i jest spoko. W sumie tytułu tej gry też nie potrafię rozczytać.
W sumie to nie mam specjalnie też o czym, nie żeby moje życie było nudne, bo jest całkiem wporzo. Zdarzyło mi się nawet ostatnio wracać z imprezy już dziennym autobusem (3cim chyba), co uważam za duży sukces, gdyż no dawno tego nie uświadczyłam (co świadczy o tym, że powoli wapnieję i przyrastam do ciepłego koca w ciepłym łóżeczku).
Niestety moje brate chwilowo jest w posiadaniu PSP i niestety spędziłam właśnie godzinę grając w jakąś śmieszną japońską grę, w której są takie śmieszne bongosy i trzeba tapować w rytm muzyki. Fajne, totalnie nie rozumiem chińskich czy tam japońskich raczej znaczków, ale doszłam do tego jak się w to gra i jest spoko. W sumie tytułu tej gry też nie potrafię rozczytać.
Dooobra, idę do cukrzycy, muszę jeszcze wymyślić w co się jutro ubrać, bo zrobiłam pranie stulecia no i wszystko się suszy. Tak w ramach ukulturalnienia, wrzucę jeszcze dobry kawałek, ogólnie jest to cover Soft Cell (którym zajarałam się przypadkiem przeglądająć Marca Almonda na jutjubie), ale bardzo fajny.
poniedziałek, 12 listopada 2012
skin too tight and eyes like marbles.
Ano. Piszę tu znowu, bo muszę się uczyć. No nietrudno zgadnąć, nietrudno. Tzn, uczyłam się już wczoraj (to jest, powtarzałam bo teoretyczna derma była przecież ojezo przed świętem trupa) i liczę cały czas na to, że mi to wystarczy do w miarę bezproblemowego zaliczenia jutro egzaminu praktycznego. Yaaay, ale nie narzekam, co to to nie.
Co do narzekania, to w zasadzie ono skłoniło mnie do napisania (chciałam napisać "pierdolnięcia", ale dobra tam, będę kulturalna) tej notki. Wchodzę sobie na fejsbuka a tam narzekanie, że omatkocórkojezuchrzyste tyle nauki na tych studiach. Nie będę żyć/wychodzić z domu/jeść/spać bo ten drugi rok to taki ciężki że japierdolę. Srsly, guyz, nie ma to jak stwarzanie sobie samemu problemów i budowanie chorej otoczki wokół wielkich studiów jakimi jest przecież MEDYCYNA. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest tego mało, dlatego, że zasadniczo to nie jest, ale na cholerę narzekać wszędzie dookoła i publicznie. Chyba tylko licząc na to, że ktoś pogłaszcze po główce i powie, że ojojojojoj jakie ty masz trudne te studia, jaki ty jesteś mądry, ile się musisz uczyć o mamo... Aaaa no wkurwia mnie to, tak tylko chciałam pomarudzić. No ja też narzekam że mi się nie chce, ale no nie wiem, nie zamierzam publicznie deklarować rezygnacji z życia prywatnego w jakimkolwiek aspekcie, BO MAM TAKIE CIĘŻKIE STUDIA I JESTĘ TAKA MĄDRA.
Hihi, jak mi się będzie chciało to odbiorę sobie jutro bilet na koncerciwo. Taki jest plan. Pójdę sobie na zajęcia, potem na egzamin, a potem w nagrodę odbiorę wejściówkę. No ok, pochwalę się, w marcu w Polszy grajo Mumfordzi i w sumie to muszę tam być. Od kiedy się dowiedziałam to musiałam. Chcę, chcę, chcę. I jaram się jak gimnazjalistka, autentycznie. Już dawno temu sobie zadeklarowałam, że jak będą u nas, to idę. Niezależnie od ceny. I w sumie cena dosyć wysoka jak na moje ograniczone finanse (88 zł), ale tak naprawdę niewysoka w stosunku do klasy zespołu. Że zagramaniczny i no taki fejmowy. Taki np. Roguc (dotknij mnie ręką schodzącą w mrok) sobie liczy koło 5 dyszek za koncert, więc ten no, nieźle. Swoją drogą chyba musieliby mi dopłacić, żebym chciała zobaczyć Comę na żywo. No, ale dobra, dosyć dissów na słabą muzykę i grafomańskie teksty.
Aaaa i dostaję tyle jedzenia. Mój M. podarował mi oliwki z pastą tuńczykową w środku, jeszcze ich nie zaczęłam zjadać, ale na pewno są super, oliwki są super <3 A od brate dostałam karmel w czekoladzie, planuje się nim podzielić z mym lubym, bo sama mam jeść takie frykasy, toż to nie po bożemu (no i ma cholerstwo aż 155 kcal w 28 g). Jak to przeczyta dziś, to będzie wiedział, że dostanie słodycza, a jak nie przeczyta to będzie niespodziewanka. Wszyscy lubią niespodziewanki.
Tabdabadam, to jeszcze music video na koniec. Wzruszające dosyć jest. Miałam łzy w oczach jak oglądałam.
PS. Co do drugiego roku studiów, to tak z 2/3 przechlałam. Pozdrawiam.
Co do narzekania, to w zasadzie ono skłoniło mnie do napisania (chciałam napisać "pierdolnięcia", ale dobra tam, będę kulturalna) tej notki. Wchodzę sobie na fejsbuka a tam narzekanie, że omatkocórkojezuchrzyste tyle nauki na tych studiach. Nie będę żyć/wychodzić z domu/jeść/spać bo ten drugi rok to taki ciężki że japierdolę. Srsly, guyz, nie ma to jak stwarzanie sobie samemu problemów i budowanie chorej otoczki wokół wielkich studiów jakimi jest przecież MEDYCYNA. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest tego mało, dlatego, że zasadniczo to nie jest, ale na cholerę narzekać wszędzie dookoła i publicznie. Chyba tylko licząc na to, że ktoś pogłaszcze po główce i powie, że ojojojojoj jakie ty masz trudne te studia, jaki ty jesteś mądry, ile się musisz uczyć o mamo... Aaaa no wkurwia mnie to, tak tylko chciałam pomarudzić. No ja też narzekam że mi się nie chce, ale no nie wiem, nie zamierzam publicznie deklarować rezygnacji z życia prywatnego w jakimkolwiek aspekcie, BO MAM TAKIE CIĘŻKIE STUDIA I JESTĘ TAKA MĄDRA.
Dobra, już, już, koniec, wylałam swoje frustracje.
Hihi, jak mi się będzie chciało to odbiorę sobie jutro bilet na koncerciwo. Taki jest plan. Pójdę sobie na zajęcia, potem na egzamin, a potem w nagrodę odbiorę wejściówkę. No ok, pochwalę się, w marcu w Polszy grajo Mumfordzi i w sumie to muszę tam być. Od kiedy się dowiedziałam to musiałam. Chcę, chcę, chcę. I jaram się jak gimnazjalistka, autentycznie. Już dawno temu sobie zadeklarowałam, że jak będą u nas, to idę. Niezależnie od ceny. I w sumie cena dosyć wysoka jak na moje ograniczone finanse (88 zł), ale tak naprawdę niewysoka w stosunku do klasy zespołu. Że zagramaniczny i no taki fejmowy. Taki np. Roguc (dotknij mnie ręką schodzącą w mrok) sobie liczy koło 5 dyszek za koncert, więc ten no, nieźle. Swoją drogą chyba musieliby mi dopłacić, żebym chciała zobaczyć Comę na żywo. No, ale dobra, dosyć dissów na słabą muzykę i grafomańskie teksty.
Aaaa i dostaję tyle jedzenia. Mój M. podarował mi oliwki z pastą tuńczykową w środku, jeszcze ich nie zaczęłam zjadać, ale na pewno są super, oliwki są super <3 A od brate dostałam karmel w czekoladzie, planuje się nim podzielić z mym lubym, bo sama mam jeść takie frykasy, toż to nie po bożemu (no i ma cholerstwo aż 155 kcal w 28 g). Jak to przeczyta dziś, to będzie wiedział, że dostanie słodycza, a jak nie przeczyta to będzie niespodziewanka. Wszyscy lubią niespodziewanki.
Tabdabadam, to jeszcze music video na koniec. Wzruszające dosyć jest. Miałam łzy w oczach jak oglądałam.
PS. Co do drugiego roku studiów, to tak z 2/3 przechlałam. Pozdrawiam.
wtorek, 30 października 2012
catlife.
Tu miały być bluzgi ale się powstrzymam. Zaczynam mieć totalnie wyjebane na wszystko dookoła i sobie chyba po prostu pójdę najzwyczajniej w świecie w kimę. Trochę ze mnie taki dzisiaj mały frustrat, bo wkurwia mnie fakt, że mam do nałki tyle, a fizycznie nie ogarniam. I to mnie frustruje, tak. W sumie to są same fajne rzeczy, znaczy to, co do ogarniania mam, nawet się jaram, ale no kurwa, proszę, nie tyle w 2 dni, serio. W sumie w 2 wieczory zasadniczo, tak. Smuteczek.niedziela, 28 października 2012
nostalgia is all around.
Eeee od czego by tu... Aaa, no dawno mnie tu nie było. Nie wiem, nie chciało mi się, cośtam, cośtam. Przepisu nie będzie na żadne ciasto ani insze muffinki, gdyż nie posiadam chwilowo piekarnika.Chęci w sumie też nie do końca posiadam, but we'll fix it. Nie mam czasu po prostu no.
No mogłabym coś napisać o studiach. Blablabla, no fajnie jest! Tzn, uczę się teraz dermatologii, jest w sumie spoko, chyba najlepiej ogarnięte zajęcia jak do tej pory. No ale doobra, nie będę przynudzać, kogo to właściwie obchodzi.
Pomalowałam paznokcie, piję sobie zieloną herbatkę i nie chce mi się uczyć, czyli standardzik. Tak sobie myślę, że obejrzałabym albo "Love Actually" albo "Four Weddings and a Funeral" i pewnie obejrzę, acz nie dziś, dziś muszę się uczyć. No i pewnie sama obejrzę, bo kto by chciał oglądać ze mną po raz n-ty te same filmy. A są takie ładne. Na pocieszenie słucham sobie piosenków:
No mogłabym coś napisać o studiach. Blablabla, no fajnie jest! Tzn, uczę się teraz dermatologii, jest w sumie spoko, chyba najlepiej ogarnięte zajęcia jak do tej pory. No ale doobra, nie będę przynudzać, kogo to właściwie obchodzi.
Pomalowałam paznokcie, piję sobie zieloną herbatkę i nie chce mi się uczyć, czyli standardzik. Tak sobie myślę, że obejrzałabym albo "Love Actually" albo "Four Weddings and a Funeral" i pewnie obejrzę, acz nie dziś, dziś muszę się uczyć. No i pewnie sama obejrzę, bo kto by chciał oglądać ze mną po raz n-ty te same filmy. A są takie ładne. Na pocieszenie słucham sobie piosenków:
No. Ładne, nie? To pewnie przez tą jesienną aurę. I pierwszy śnieg. Cholera w jesieni wszystko byłoby fajne, gdyby była cieplejsza. Zima też byłaby super, gdyby nie temperatury na minusie. Chociaż to jest tak, że ja w zasadzie lubię te minusowe temperatury i śnieg lubię, tylko tak bardzo marzną mi łapki. Do bólu no aż cholera jasna. Ale Raynaud chyba nie mam, nie sinieją nic a nic. Tylko bolą. No i nie lubię marznąć o nie.
O i w ogóle ostatnio chyba się pozbyłam natręctwa, które kazało mi sprawdzać ile ważę minimum raz dziennie. Odchył o 1 kg w górę wielce mnie zawsze zasmucał. Teraz nie mam wagi, więc problem solved. Ale zaczęłam chodzić na taniec brzucha, więc mówię sobie, że się przecież ruszać. I ta czekolada gorzka z pomarańczą z biedry wcale nie sprawi, że będę grubasem, right?
Na pocieszenie druga wersja powyższego kawałka, która też mi się podoba. Była w soundtracku fajnego filmu i to dlatego pewnie. O, proszę.
Btw, zastanawiam się czy już kiedyś tej muzy tu nie wrzucałam, tudzież czy nie pisałam o tychże filmach, bo te stany nostalgii nawracają do mnie corocznie. Chciałam napisać, że jak łuszczyca na wiosnę/jesień, no ale może powinnam się powstrzymać od aluzji do rzeczy, których się aktualnie uczę, bo jak widzę to na innych blogach to w sumie za każdym razem stwierdzam, że to takie słabeeee.
wtorek, 24 lipca 2012
yaay, muffins.
Także ten. Nic ciekawego się nie dzieje, zajmuję się craftingiem (craftuję sobie różne ładne rzeczy, np. wczoraj zrobiłam sobie kokardkę do włosów i bransoletkę), ewentualnie pieczeniem. I o pieczeniu dziś będzie znowu. Mianowicie o dyniowych muffinach. Robiłam już kiedyś, ale dziś zmodyfikowałam przepis i nie wiem, czy po tej modyfikacji efekt końcowy nie jest nawet lepszy! Na pewno jest słodki, mokry i mogłabym pochłaniać go i pochłaniać, gdybym się nie bała, że przytyję.
Składniki:
SUCHE
Składniki:
SUCHE
- 1,5 szklanki mąki
- 1 szklanka cukru
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- 1/2 łyżeczki imbiru
MOKRE
- 2 jajka
- 1/3 szklanki oleju
+ mniej więcej 500 ml puree z dyni,
Posypka
3 łyżki cukru + 1 łyżeczka cynamonu
Przygotowanie:
No i jak zawsze, mieszamy razem suche, mieszamy razem mokre. Potem dorzucamy dynię, mieszamy. Wrzucamy do papilotek, ozdabiamy posypką i pieczemy 15 minut w 180 stopniach. Tadaaam! Są taaaaakie dobre.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
